Sławomir Woźniak – od ponad czterech dekad łączy dwie ścieżki – zawodowego marynarza i ratownika morskiego. Dziś dowodzi jednostkami offshore, a jednocześnie szkoli młodych adeptów ratownictwa i propaguje nowoczesne systemy bezpieczeństwa. Rozmawiamy z nim o sztucznej inteligencji – jak zmienia żeglugę i ratownictwo i dlaczego wciąż nie zastąpi człowieka.
Polska Morska: Panie Kapitanie, jak mógłby Pan przedstawić swoją osobę – kim Pan jest i czym zajmuje się na co dzień?
Sławomir Woźniak: Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, bo w moim życiu marynarka i ratownictwo zawsze szły obok siebie. Czuję się w równym stopniu kapitanem, jak i ratownikiem, a te dwie role są ze sobą bardzo mocno powiązane. Na co dzień pracuję jako kapitan jednostek offshore’owych, ale równie ważną częścią mojego życia jest ratownictwo wodne – zarówno praktyka, jak i propagowanie nowoczesnych metod działania. Od lat staram się kształtować obraz ratownika, który korzysta z nowych technologii i systemów wspierających bezpieczeństwo. Offshore to specyfika wymagająca ogromnej świadomości ryzyka, a ratownictwo jest w tym naturalnym uzupełnieniem – trzeba zawsze mieć z tyłu głowy scenariusz awaryjny. Dlatego mówiąc najprościej – jestem jednocześnie kapitanem i ratownikiem, a te dwie drogi mojego życia po prostu się ze sobą przeplatają. Obie ścieżki rozwijały się równolegle. Zaczynałem od Liceum Morskiego w Szczecinie, które mieściło się na statku – to była niezwykła szkoła, niestety dziś już nieistniejąca. Życie i nauka na jednostce sprawiały, że od samego początku zdobywaliśmy wykształcenie morskie, a równolegle angażowaliśmy się w ratownictwo. Wtedy to naturalnie łączyło się w jedną całość: żeglarstwo, służba na morzu i umiejętności ratownika. Potem stopniowo przeszedłem wszystkie szczeble – od młodszego ratownika po instruktora ratownictwa wodnego i morskiego. Jednocześnie rozwijałem się jako marynarz, a później kapitan. Dlatego dziś, patrząc wstecz, trudno oddzielić jedno od drugiego – to zawsze były dwa równoległe tory mojego życia.

PM: Właśnie to połączenie doświadczenia kapitana i ratownika sprawia, że Pańska perspektywa jest szczególnie cenna. Offshore to dziś jedna z najdynamiczniej rozwijających się gałęzi żeglugi – przed nami budowa farm wiatrowych na Bałtyku, coraz szersze wykorzystanie nowoczesnych systemów i pytania o rolę sztucznej inteligencji w bezpieczeństwie morskim. Chcielibyśmy więc porozmawiać o tym, jak Pana zdaniem zmienia się morze – zarówno dla marynarzy zawodowych, jak i dla żeglarzy czy ratowników. Zacznijmy od farm wiatrowych. Jak rozwój tych instalacji wpłynie na żeglugę i bezpieczeństwo w naszym regionie?
SW: To zmieni sytuację żeglugową w sposób bardzo widoczny. Farmy wiatrowe zajmują znaczne akweny i już teraz widać, że żeglarze rekreacyjni nie będą mogli swobodnie przecinać Bałtyku, jak dotąd, tylko będą musieli te strefy omijać. Oznacza to konieczność większej dyscypliny nawigacyjnej i znajomości ograniczeń. W krajach takich jak Dania, Holandia czy Niemcy wprowadzono system statków nadzorujących – tzw. guard vessels – oraz centra koordynacyjne, które monitorują ruch wokół farm. Podobne rozwiązania zapewne pojawią się u nas. Każdy oficer nawigacyjny ma obowiązek wprowadzać te informacje do systemów map elektronicznych, a kapitan musi czuwać nad tym procesem i odpowiedzialnie podejmować decyzje. To duża zmiana, do której wszyscy marynarze będą musieli się dostosować.
„Najbezpieczniejszy statek to taki, który stoi przy kei i jest odstawiony – na morzu zawsze mamy do czynienia z podwyższonym ryzykiem.”
PM: Z perspektywy kapitana – które operacje offshore uważa Pan za najbardziej ryzykowne? Wydaje się, że praca na morzu zawsze wiąże się z nieprzewidywalnością, ale które sytuacje wymagają od Pana i załogi największej czujności?
SW: Trudno wskazać jedną konkretną kategorię, bo każda praca na morzu niesie ze sobą ryzyko. W offshore codziennością są tzw. risk assessments, czyli oceny ryzyka dla każdej operacji – od prostych zadań, po bardzo wymagające prace podwodne czy instalacyjne. Zdarzyć się może wszystko: od awarii sprzętu, przez wypadek na pokładzie, aż po utratę łączności czy pozycjonowania. Najbezpieczniejszy statek to taki, który stoi przy kei i jest odstawiony – w morzu zawsze mamy do czynienia z podwyższonym ryzykiem. Dlatego właśnie w offshore kapitan i załoga muszą działać z ogromną świadomością i przewidywać scenariusze awaryjne na każdym etapie projektu.
„Sztuczna inteligencja może wspierać kapitana, ale nigdy nie zastąpi ludzkiego przewidywania i intuicji.”
PM: Wspomniał Pan o pozycjonowaniu i systemach. Coraz częściej mówi się, że sztuczna inteligencja wspiera kapitanów i załogi. Jak to wygląda z Pana perspektywy – czy AI realnie pomaga w codziennej pracy?
SW: Tak, i to od wielu lat. Systemy wspomagania decyzji – takie jak ECDIS czy Dynamic Positioning – to już standard w offshore. GPS i satelitarne systemy nawigacyjne działają jak elektroniczne „oczy”, które pomagają utrzymać jednostkę w zadanej pozycji z ogromną dokładnością. Problemem są jednak zakłócenia – spoofing i jamming, których na Bałtyku w ostatnich latach mamy coraz więcej. Zdarza się, że system wskazuje, iż statek znajduje się pod Kaliningradem, gdy w rzeczywistości operujemy w Gdyni. Dlatego mimo nowoczesnych technologii kapitan nadal musi mieć intuicję, doświadczenie i „czuć” jednostkę. Sztuczna inteligencja może wspierać, ale nie zastąpi ludzkiego przewidywania – choćby tego, że widzę nadciągający wiatr i wiem, jak jednostka na niego zareaguje, zanim pokażą to czujniki.
„Drony i systemy termowizyjne wielokrotnie zwiększyły skuteczność akcji ratowniczych, ale to człowiek wciąż musi podjąć decyzję.”
PM: Widać, że technologia bardzo mocno zmienia też ratownictwo. Drony, systemy termowizyjne, FLIR – to wszystko narzędzia, których jeszcze dekadę temu w ogóle nie było. Czy Pana zdaniem one rzeczywiście podniosły skuteczność akcji?
SW: Zmiana jest ogromna. Dawniej ratownictwo było w pełni zależne od siły ludzkich rąk i oczu. Dziś mamy drony powietrzne, lądowe i podwodne, które pozwalają szybciej zlokalizować rozbitka i ocenić sytuację. Kamera termowizyjna czy radar sprzężony z systemem FLIR dają ratownikom narzędzia, o których kiedyś nawet nie marzyliśmy. Poszukiwanie z powietrza jest wielokrotnie bardziej skuteczne niż z łodzi. Oczywiście drony mają ograniczenia – np. w silnym wietrze – ale tam, gdzie można je wykorzystać, zdecydowanie zwiększają skuteczność działań. Jednak mimo tej technologii nadal potrzebny jest człowiek, który podejmie decyzję i poprowadzi akcję.
PM: Skoro sztuczna inteligencja wspiera dziś nawigację i ratownictwo, to pojawia się pytanie: czy może kiedyś całkowicie zastąpić człowieka na statku?
SW: Myślę, że teoretycznie to możliwe, ale praktycznie – bardzo odległe. Technologie rozwijają się w niesamowitym tempie, czego przykładem jest choćby komunikacja satelitarna – 50 lat temu nawet nie marzyliśmy o takich możliwościach. Jednak problem w tym, że młodzi marynarze, pracując z systemami elektronicznymi, często tracą kompetencje miękkie: umiejętność szybkiego liczenia, obserwacji i oceny sytuacji bez pomocy komputera. Kiedy systemy zostają zakłócone, trzeba wrócić do podstaw – do kompasu, radaru i własnej wiedzy. Ja jestem w stanie w kilka chwil przeliczyć czas, odległość czy pozycję, bo uczyłem się tego od początku. Młodym często przychodzi to trudniej, bo nigdy nie byli zmuszeni działać bez GPS-u. Dlatego uważam, że technologia nigdy nie może całkowicie zastąpić człowieka – doświadczenie i intuicja pozostaną niezastąpione.
„Morze nie weryfikuje papierów i dyplomów, tylko człowieka – jego umiejętności, pokorę i doświadczenie.”
PM: I na koniec – młodzi ludzie. Coraz częściej spotykamy studentów Politechniki Morskiej, którzy marzą o karierze w offshore i ratownictwie. Jakie jedno przesłanie chciałby Pan im przekazać?
SW: Zawsze powtarzam jedno: szacunek do morza i do wody. Trzeba mieć respekt do Neptuna i mniej wiary w swoją nieomylność. Młodzi często myślą, że są niezniszczalni, a morze bardzo szybko ich weryfikuje. Nie papiery i dyplomy świadczą o marynarzu, ale człowiek – jego umiejętności, pokora i doświadczenie. Dlatego radzę, by czerpali z technologii, ale nie zapominali o podstawach i o tym, że ostateczne decyzje podejmuje się głową i sercem, a nie komputerem. To morze uczy pokory i tylko ci, którzy potrafią ją okazać, mają szansę przetrwać w tej pracy przez całe życie.
Zdjęcie wykorzystane na grafice pochodzi z prywatnego archiwum Sławomira Woźniaka
